Rozalia Waksmundzka - postrzelona przez „Ognia”, oczerniona przez IPN

Pijany Józef Kuraś „Ogień” był w jednej osobie dowódcą samozwańczego oddziału i jednoosobowym sądem swojej „Republiki”. W lutym 1947 roku bezpodstawnie oskarżył 20-letnią Rozalię Waksmundzką o zdradę i współpracę z UB, po czym sam próbował wykonać na niej „wyrok śmierci”. Przeżyła. Pół wieku później twórcy filmu „A potem nazwali go bandytą” — w porozumieniu z krakowskim IPN — przedstawili ją jako donosicielkę.

Postrzelenie Rozalii Waksmundzkiej

Pijany Józef Kuraś „Ogień” był wówczas w jednej osobie dowódcą samozwańczego oddziału i jednoosobowym sądem swojej „Republiki”. Bezpodstawnie oskarżył 20-letnią Rozalię Waksmundzką o zdradę i współpracę z UB. Następnie sam próbował wykonać na niej „wyrok śmierci”.

Tak wspomina to wydarzenie ofiara terroru „Ognia”, Rozalia Waksmundzka1

Rozalia Waksmundzka

J. Kuraś „Ogień”, gdy mnie postrzelił – był pijany. Po rozbiciu ich obozu w górach, ogniowcy zeszli do Waksmundu i tam za wodą pili wódkę u Kupcyka. Dunajec był zamarznięty, dlatego można było przejść przez lód, a nie tylko most.

W ten dzień 19 lutego przed południem do domu rodzinnego, gdzie w izbie przebywał mój narzeczony ogniowiec Jan Sral „Potrzask”, przyszedł kulawy gość, który po krótkiej rozmowie kazał się mu ubrać i bez protestu Jaśka obaj poszli w kierunku miasta Nowego Targu. Nie wiedziałam, kto to jest i po co przyszedł. Nie wiedziałam, że ktoś doniósł na niego i że był to ubowiec.

Widocznie już poszła na wsi plotka, że u nas „Potrzaska” aresztowano i gdy „Ogień” o tym się dowiedział, postanowił nas ukarać. Ja czułam się niewinna i niczego się nie obawiałam.

To było w domu brata „Ognia” Wojciecha. Szwagierka „Ognia” mnie tam zawołała, bo ja umiałam wić wianki. To było wieczorem. Siedziałam na ławie przed małym okienkiem. W pomieszczeniu było nas kilka i świeciła się lampa naftowa. Nagle do pomieszczenia wszedł „Ogień” i szukał miejsca, gdzie ja siedzę. Nie spytał mnie o nic, tylko wycelował z pistoletu w moim kierunku i usiłował mnie zastrzelić. W zamieszaniu przelękniona krzyczałam do nich – za co mnie strzelacie? Postrzelona osunęłam się na ławę.

Trafił mnie w pierś i przestrzelił płuco. Mocno krwawiłam – z ust leciała mi krew. „Ogień” chciał mnie dostrzelić, ale zrobiło się zamieszanie i pijanego „Ognia” od dalszego strzelania powstrzymał ogniowiec Franciszek Drożdż „Szpak”, który bał się o życie swojej siostry, która również była w tym pomieszczeniu. Zgasił lampę naftową i wypchnął mnie ranną na zewnątrz, aby nie drażnić „Ognia” i nie prowokować go do dalszego strzelania. Nie mogłam iść i czołgałam się po ziemi, szukając pomocy, ale ludzie z obawy o swoje życie bali się mi pomóc – bo wiedzieli, że jak się o tym dowie „Ogień”, to ich też pozabija.

Blizna Rozalii Waksmundzkiej

Opiekowała się mną ciotka, u której znalazłam schronienie. Na drugi dzień rano sąsiad ciotki jechał do szpitala do Nowego Targu i zgodził się mnie zabrać na wóz – oni uratowali mi życie.

W szpitalu opatrzyli mnie lekarze i tam przychodziła do mnie rodzina „Potrzaska” /Jana Srala/ proponowała mi, abym wyszła za niego – obiecywali wyrównać cierpienie i chcieli pokryć koszty leczenia. Ja powiedziałam, że nie chcę nic – chcę tylko przeżyć

Przychodziło do mnie ciągle UB, chcąc się dowiedzieć, kto do mnie strzelał i gdzie kula wyleciała – bałam się o życie i nic im nie powiedziałam.

Medalik uratował mi życie. Nosiłam go przypięty z lewej strony do biustonosza, bo wstydziłam się nosić go na nitce. Kula odbiła się od tego medalika – to zmieniło jej tor lotu.

Karta

Relacja Marii Mroszczak zd. Sral, siostrzenicy Rózi

Maria Mroszczak

Maria Mroszczak była świadkiem tych wydarzeń. Miała wówczas 13 lat. Tak je wspomina:

…ja do swojej babci, tam, gdzie mieszkała ciocia Rózia, przyprowadziłam tego ubeka2. Był sam, spytał, gdzie mieszkają Waksmundzcy i zaprowadziłam go. Nie wiedziałam, kto to i po co przyszedł – a o to mnie przez całe życie ogniowcy obwiniają.

Po postrzeleniu cioci Rózi – pijany „Ogień” odgrażał się, że zabije wszystkich z rodziny Waksmundzkich – Walusiów, to jest 7 osób, w tym czworo dzieci, oraz miał listę do powieszenia lub zastrzelenia 25 innych osób z Waksmunda.

To był czwartek. „Ognia” i Hankę na sankach przywiózł do nas syn Sołtysa Waksmundu3 Władysław Waksmundzki. Na saniach został Jan Kolasa „Powicher” oraz 13-letnia siostra Rózi Teresa, którą „Ogień” rozkazał, mówiąc – „ten towor” wywieść za wieś i tam ją stracić – zabić. Jan Kolasa „Powicher” pozwolił jej uciec. Przyszedł do nas z „Hanką”4 i pytał o moją mamę, bo chciał ją zastrzelić. Mama się schowała, bo wiedziała już o Rózi i to, że się odgrażał powystrzelać wszystkich „Walusi”. Powiedziałam mu, że jeszcze nie wróciła z targu – miasta. Był mocno pijany, trzymał pistolet w ręku i mruczał pod nosem – „będziecie śpiewać jak kanarki”, po chwili usnął na łóżku. „Hanka” kazała nam pijanemu szefowi podgrzać mleko. Byliśmy biedni i nie było nawet czym rozpalić w piecu, dopiero przyszedł starszy brat i czymś zapalił.

Około godziny 22.00 przyjechał po „Ognia” i Hankę „Powicher” – pijanego do nieprzytomności wzięli go za ręce i nogi i wrzucili do sań. Pojechali do jego szwagra do Ostrowska, gdzie na drugi dzień popełnił samobójstwo.

Co począć, kiedy kat uważany jest za ofiarę, a ofiara za kata

Odwaga, jaką prezentują mieszkanki Waksmundu, jest godna podziwu. One jedyne publicznie sprzeciwiały się gloryfikowaniu „Ognia” i jego ludzi. To były dla nich trudne lata nieustannego pomawiania, oczerniania i podejrzeń ze strony jego sympatyków.

Wielu żyjących świadków postanowiło nic nikomu nie mówić – z obawy o życie własne lub rodziny. Jednym z nich był mąż Rozalii Waksmundzkiej, Władysław, który woził pijanego i nieobliczalnego „Ognia” w ostatnim dniu przed jego śmiercią. Jego wspomnienia o szaleństwie „Ognia” słyszała tylko żona i najbliższa rodzina. Zastraszony, bał się cokolwiek mówić. Podczas nagrań niektórzy uczestnicy boją się pokazać twarze – mimo upływu lat obawiają się zemsty.

Te bohaterskie kobiety naraziły się ogniowcom i ich rodzinom. Publicznie, przy każdej okazji podważały legendę „Ognia” i przypominały o jego alkoholizmie, gwałtach, morderstwach i interesowności w działaniu.

To one – Rozalia Waksmundzka, Maria Mroszczak i Teresa Sral – osobiście protestowały przeciw gloryfikowaniu bandyty w kościołach: u kardynała Glempa, w parafii w Juszczynie oraz u ks. Tischnera w Łopusznej. Jako świadkowie przypominały zastraszonym mieszkańcom Waksmundu, że Józef Kuraś „Ogień” był człowiekiem szalonym i przez wiele lat terroryzował okoliczną ludność. Podobny mechanizm wybielania opisuję przy sprawie Heleny Luberdy.

Gdy ogniowcy przebywali w wiosce, nie wolno było odsunąć firanki w oknie. Mogło to bowiem świadczyć, że ktoś z tego domu donosi lub mógłby donosić – a takich natychmiast dotykały represje.

W wywiadach dla środowiska AK, dziennikarzy i filmowców kobiety odważnie wymieniały znane sobie morderstwa, grabieże, gwałty, wymuszenia, kradzieże i kontrybucje dokonane przez „Ognia” i jego ludzi.

Filmują "Ognia"

Okazja do rewanżu: film

Ogniowcom nadarzyła się okazja do zrewanżowania się tym „krzykliwym i pyskatym” kobietom, które atakowały ich idola. W Krakowie podjęto bowiem decyzję o powstaniu filmu o niepodległościowej działalności „Ognia”.

Zgodnie z tym, co wyjaśnia w reportażu sam reżyser Grzegorz Królikiewicz, cel powstania filmu został określony przez niego oraz ówczesnego prezesa IPN Janusza Kurtykę: tworzenie legendy „Ognia”. Kulisy tych ustaleń między dyrekcją krakowskiego IPN a twórcami filmu opisałem osobno.

Link do filmu „A potem nazwali go bandytą”: https://www.youtube.com/watch?v=rkoRaxUe4nI

Powstanie tego filmu nie byłoby możliwe bez konsultanta historycznego – twórcy tej ogólnopolskiej legendy, dr. M. Korkucia z IPN. Drugim pomocnikiem reżysera został Kazimierz Garbacz „Ognik”5, sympatyk „Ognia”. Jako społeczny konsultant odpowiadał za kontakty ze środowiskiem ogniowców, mieszkańcami Waksmundu i okolicznych wiosek oraz żołnierzami AK. To on dobierał uczestników nagrań.

Garbacz zasugerował reżyserowi, aby w filmie wzięły udział również rzekome ofiary „Ognia”. Materiał był bogaty, jednak nastawienie reżysera pozostawało pod kontrolą obu konsultantów. Wkrótce, po wielu gościnach u rodziny Kurasiów, Królikiewicz był już pewny, że bohaterski „Ogień” padł ofiarą – tych „puszczalskich kobiet”.

Grzegorz Królikiewicz kręci film o Ogniu

Wywiad z 2016 roku

Po 14 latach od nakręcenia filmu reżyser dał temu wyraz w wywiadzie w programie „Piwnica duchowa” z 2016 r. Jako szanowany znawca tematu walk niepodległościowych na Podhalu publicznie deklarował wiarygodność, prawdomówność i solidność przekazu.

Oto fragmenty jego wypowiedzi:

0:46 – Dyrektor krakowskiego IPN Kurtyka powiedział mi tak, że ich (czyli przeciwników legendy „Ognia” – MZ) nie obowiązywało nic poza radością z naszego lęku, ale nas obowiązuje zasada trzymania się prawa. Jeżeli tam, te góralki puszczały się z hitlerowcami, a potem z NKWD-zistami, a jeżeli Pan nie ma na to dowodów – to niech Pan tego nie notuje jako fakt, bo rozpoczną się procesy, które zamydlą całą sprawę bohatera „Ognia”!!!

…a później się okazało, że górale /ogniowcy/ przyjechali Nyską do mojego domu do Łodzi.

1:27 – Ja dostałem potem cięgi od górali /MZ – rozumiem od ogniowców, którzy uczestniczyli w filmie/. Domagali się, aby tym żmijom6 dołożyć.

2:17 – Ja Panowie… rozmawiałem z dyrektorem krakowskiego IPN i nie wolno nazywać mi je donosicielkami itd., bo ja muszę przedstawić dokumenty na ten temat, a ja nie mam takich dokumentów. To zostało zniszczone przez te rodziny… Panowie, ja pierwsze studia odbyłem na wydziale prawa i nie wolno mi robić takich rzeczy.

Człowiek, który odbył studia na wydziale prawa, nie powinien tak konfabulować. Z jednej strony reżyser twierdzi, że nie wolno mu robić „takich rzeczy”. Parę minut później zdecydowanie i kategorycznie oświadcza, że dowody kontaktów „żmij” z hitlerowcami i NKWD oraz dowody ich donosicielstwa zostały zniszczone przez nie same i ich rodziny – i dlatego nie mógł ich w filmie przedstawić.

Pytam:

  • Jak mogły wyglądać dowody ich winy?
  • Od kiedy donosiciel zbiera na siebie dowody?
  • Od kiedy „puszczalskie panny” same prowadzą rejestr świadczonych usług – dla hitlerowców i NKWD?
  • Dlaczego biorący udział w tworzeniu filmu pracownicy IPN, Kurtyka7 i Korkuć, główny konsultant Kazimierz Garbacz oraz brat „Ognia” i sąsiad pomawianych kobiet Wojciech Kuraś8, przez tyle lat nie dostarczyli takich dowodów?
  • Dlaczego znawcy zagadnienia, Kurtyka i Korkuć, zaakceptowali taki scenariusz filmu?

Za dużo tu spekulacji – to wygląda na spisek reżysera z konsultantami z IPN.

Kobiety oskarżane przez reżysera, ogniowców i pracowników IPN są niewinne

W całym filmie Królikiewicz nie podał, a nawet celowo utaił jedną informację. W dniu postrzelenia Rozalii Waksmundzkiej – 20 lutego 1947 r., czyli w przeddzień własnego postrzelenia się – „Ogień” był o godzinie 21.00 kompletnie pijany.

Według świadków9 pił duszkiem spirytus10 z flaszki, którą kupił za fałszywe dolary11 w sklepiku u Stanisława Byrdaka.

Nietrudno się domyślić, jaki był tego skutek. Ktoś, kto kilka godzin wcześniej stracił przytomność po nadużyciu alkoholu, był zdezorientowany – nie wiedział, gdzie jest i co robi. Odurzony, coś pod nosem bełkotał, co potwierdzają świadkowie.

Podczas obławy w Ostrowsku „Ogień” znajdował się w ciągu alkoholowym i był nieświadomy tego, co się dzieje. Również tam, u swojego szwagra Chorążego, walkę o niepodległy byt państwa rozpoczął od picia wódki.

„Ogień” owszem, dawał przykład – terroryzowania i bezwzględnego postępowania wobec niewinnych cywilów. Dlatego ludzie nazywali jego oddział „desantami”. Twierdzili, że nie można było ich o nic uprosić i że byli gorsi niż zwierzęta.

Prawdziwy Żołnierz Wyklęty jest świadomy, że jego postawa jest dla innych inspiracją i że musi dać przykład tej szlachetnej walki. Gdyby tak było, „Ogień” nie narażałby całego oddziału ani niewinnych ludzi, u których się ukrywał, na prześladowania ze strony UB czy nawet śmierć.

Zdezorientowany, tuż przed postrzeleniem się nie miał przy sobie nawet pistoletu – ten na strychu u Pacha dała mu „Hanka”. Według naszych ustaleń w ujęciu „Ognia” pomogli ludzie z nim współdziałający, w tym donos Stanisława Drożdża „Przybłędy”12, brata Franciszka Drożdża „Szpaka”13. „Ogień” liczył się z możliwością popełnienia samobójstwa.

Pominięci świadkowie z AK

Reżyser miał możliwość pozyskania wiedzy o działalności „Ognia” od świadków tamtych zdarzeń – żołnierzy 1 Pułku Strzelców Podhalańskich Armii Krajowej. Konsultanci ocenili jednak ich wiedzę jako „bajdurzenie starych dziadków”.

Poza kilkoma fragmentami nagrane z nimi wywiady zostały pominięte. To, co mówili, nie pasowało do budowania mitu – większość akowców miała o działalności „Ognia” negatywne zdanie.

Pismo do dyrektora TVP

Kolejny raz okazało się, że historia żołnierzy Armii Krajowej była i jest przeszkodą w tworzeniu mitu „Ognia”.

Szczegółową analizę przekłamań w tym filmie – na przykładzie mordu na Żydach w Nowym Targu – publikuję w osobnym tekście.

Na marginesie zaznaczamy, że zamieszczone w filmie materiały zdjęciowe w większości dotyczą działalności „Wiarusów”, a nie oddziału „Ognia”. Tego też reżyser i konsultanci z IPN nie wiedzieli? Jaki jest sens promowania fikcji?

Ustalenia

Reżyser Grzegorz Królikiewicz nagrał w podobnym okresie co my zeznania wideo Marii Mroszczak oraz Elżbiety Waksmundzkiej14.

Podczas rozprawy sądowej o sygnaturze akt II Ko 69/21 dr Korkuć, zeznając jako świadek, stwierdził, że nie ma żadnych dowodów na kontakty Rozalii Waksmundzkiej z UB.

My natomiast ustaliliśmy, że donosu na Jana Srala „Potrzaska” dokonała współpracowniczka „Ognia” Stefania Kruk, która w raporcie potwierdza swój udział w ujęciu go przez UB.

Wzywamy reżysera i pracowników IPN do zweryfikowania i zmiany stanowiska wobec Rozalii Waksmundzkiej – oskarżonej przez „Ognia” o zdradę i donosy, przez niego postrzelonej, a po jego śmierci niesłusznie obwinionej i oczernionej.

Amatorski reportaż ze świadkami wydarzeń można obejrzeć na kanale YouTube: seria Wyklęci czy przeklęci, odcinek 2 – Tragedia rodziny waksmundzkich „Walków” – śmierć „Ognia”.

Przypisy:

  1. Oryginalne nagrania wideo z wywiadów z Rozalią Waksmundzką i Marią Mroszczak znajdują się w Muzeum Tatrzańskim w Zakopanem. ↩︎
  2. Funkcjonariusz UB nazywał się Józefczak i kulał. ↩︎
  3. Wcześniej „Ogień” odgrażał się sołtysowi Waksmundu, że go powiesi, bo szkoda na niego kulki. ↩︎
  4. Irena Olszewska – przyszła żona Jana Kolasy „Powichra”. ↩︎
  5. Kazimierz Garbacz urodził się w 1932 r. To mitoman. Jest autorem książki „Byli chłopcy byli – relacje ludzi »Ognia«” z 2009 r. Zamieszcza w niej wspomnienia wymyślone i niezgodne z faktami oraz ustaleniami historyków. Dotyczyło to również morderstwa Żydów w Krościenku i Nowym Targu. ↩︎
  6. „Żmijami” zostały nazwane niewinne osoby – cała rodzina postrzelonej przez „Ognia” Rozalii Waksmundzkiej, jej siostra Teresa oraz siostrzenica Maria Mroszczak zd. Sral. ↩︎
  7. Janusz Kurtyka nadzorował wydanie „Zeszytów Historycznych WiN-u” nr 6 z opracowaniem profesora Tadeusza Biedronia z UJ pt. „Konflikt »Ognia« z Armią Krajową”. Wiedza, którą niewątpliwie posiadł, nie przeszkodziła mu włączyć się – wraz z Andrzejem Przewoźnikiem oraz Maciejem Korkuciem – w tworzenie legendy „Ognia”. Reportaż „Piwnica duchowa” z 2016 r. ten proceder ujawnia. W 2002 r. została wydana książka mgr. M. Korkucia pt. „Niepodległościowe oddziały partyzanckie w Krakowskiem 1944–1947”. Film, jak twierdzi reżyser, po uprzednich konsultacjach w IPN został wydany w 2002 r. ↩︎
  8. Autor „Kroniki Waksmundu”, na której wzorował się dr M. Korkuć. ↩︎
  9. Rozalii Waksmundzkiej i jej męża, który „Ognia” wtedy woził w saniach do Srali i Ostrowska. ↩︎
  10. Wysokoprocentowy, 95-procentowy alkohol. ↩︎
  11. W Krakowie „Siekiera” miał maszynkę do drukowania fałszywych dolarów – archiwum IPN. ↩︎
  12. Mamy dokument z ZBOWiD to potwierdzający. ↩︎
  13. Posiadamy oświadczenie ZBOWiD oraz zeznanie wideo Stanisława Garbacza. ↩︎
  14. Oryginalne nagrania wideo z wywiadów znajdują się w Muzeum Tatrzańskim w Zakopanem. ↩︎