Poniższy tekst jest rozwinięciem uwag, które jako Prezes Zarządu Głównego NŚZŻ AK w Krakowie złożyłem w postępowaniu toczącym się przed Sądem Okręgowym w Nowym Sączu z wniosku Zbigniewa Kurasia o odszkodowanie i zadośćuczynienie, sygn. akt II Ko 69/21. Wnioskodawca przedstawił jako dowód film Grzegorza Królikiewicza „A potem nazwali go bandytą”. Kulisy powstania tej produkcji opisałem osobno w tekście Jak z bandyty zrobić bohatera. Propaganda IPN i film Grzegorza Królikiewicza.
Skoro wypowiedzi ogniowców zostały wprowadzone do procesu jako materiał dowodowy, musiały zostać zweryfikowane. Ta weryfikacja jest treścią niniejszego artykułu.
Świadek, który nigdy nie został sprawdzony
Zbigniew Paliwoda „Jur” do końca życia należał do Związku, którym obecnie kieruję. Wśród członków od dawna funkcjonowało przekonanie, że koloryzuje swoje przeżycia, ale dopóki był to prywatny sposób opowiadania o młodości, nikt nie widział powodu, by się temu przyglądać. Powód pojawił się dopiero wtedy, gdy jego relacje stały się materiałem dowodowym w sprawie o wielomilionowe odszkodowanie.
Chcę to powiedzieć wprost i wprost też oddzielić dwie rzeczy. Nie kwestionuję udziału Zbigniewa Paliwody w rozbiciu więzienia św. Michała – jest on udokumentowany i wymieniają go wszystkie opracowania, łącznie z komunikatami IPN. Kwestionuję to, co zbudowano wokół tego udziału: opowieści o osobistych spotkaniach z „Ogniem”, których nie potwierdza żaden dokument, a które przez lata funkcjonowały jako świadectwo naocznego świadka.

Więzienie św. Michała: relacja kontra kalendarz
W filmie Królikiewicza Paliwoda opowiada o akcji na więzienie św. Michała i o tym, co miało się wydarzyć zaraz po niej.
28:41 – „Wtedy jak zacząłem tę partyzantkę, to ja miałem 15 lat. To było więzienie św. Michała, wtedy w Krakowie największe. Podeszli koledzy w mundurach oficerskich, mieliśmy zdobyczne legitymacje funkcjonariuszy UB, wylegitymowali się, strażnik otworzył, weszli, rozbroili, wieże strażnicze się poddały”.
29:05 – „Po jakimś czasie przyszedł »Ogień«… Jak on szedł do nas, takim krokiem żołnierskim, piękny, wysportowany, wysoki, jasnoblond włosy spod polówki tak mu się wymykały. Zasalutowałem… aż mi serce… myślałem, że nie dam rady się zameldować z wrażenia. Strasznie żeśmy mu zaimponowali tą akcją”.
Wypowiedź Zbigniewa Paliwody „Jura” w filmie „A potem nazwali go bandytą”, reż. Grzegorz Królikiewicz.
Zestawmy to z ustaleniami, których nikt nie kwestionuje – także w publikacjach samego Instytutu Pamięci Narodowej:
- Data. Akcja miała miejsce w niedzielę 18 sierpnia 1946 roku. Nie były to „początki partyzantki” Paliwody, lecz jej schyłek, wszak miesiąc później, 29 września 1946 roku, został zatrzymany na krakowskich Plantach.[1]
- Wiek. W chwili akcji Paliwoda nie miał 15 lat. W publikacjach określa się go jako osiemnastolatka, a w procesie przed komunistycznym sądem został uniewinniony ze względu na niepełnoletność. Rozbieżność w relacji sięga kilku lat.[2]
- Uczestnicy. Komunikat IPN wymienia z nazwiska pięciu partyzantów, którzy przyjechali pod bramę więzienia: Jana Janusza „Siekierę”, Bolesława Świątnickiego „Lamparta”, Zdzisława Lisika „Mściciela”, Zbigniewa Paliwodę „Jura” i Mariana Zielonkę „Billa”. Józefa Kurasia „Ognia” na tej liście nie ma.[3]
- Co działo się po akcji. Uwolnionych ewakuowano ciężarówką w kierunku Miechowa. Żadne z dostępnych opracowań nie umieszcza tego dnia „Ognia” w Krakowie ani na trasie ewakuacji.
Zwracam uwagę na to, co z tego wynika, i na to, co z tego nie wynika. Nie twierdzę, że jestem w stanie udowodnić, gdzie Józef Kuraś przebywał 18 sierpnia 1946 roku. Twierdzę natomiast, że w żadnym znanym mi opracowaniu – w tym w materiałach IPN – nie figuruje on wśród uczestników tej akcji ani wśród osób, które spotkały się z jej wykonawcami bezpośrednio po niej. Ciężar dowodu spoczywa na tym, kto opowieść o takim spotkaniu wprowadza do procesu jako dowód.
Mam też własne źródło, które każe traktować całą tę opowieść ostrożnie. Stanisław Kostka Dąbrowa „Dzierżyński”, żołnierz AK, który przeżył 95 lat i był dobrze zorientowany w działalności Ruchu Oporu, sam siedział wówczas w tym więzieniu jako student. Opowiadał mi, że nie wszystkie cele zostały otwarte i nie wszyscy więźniowie uciekli. Wymieniał jako wykonawcę akcji Bolesława Świątnickiego „Lamparta” – tego samego, którego wymienia Paliwoda. Twierdził też, że część uwolnionych zgłosiła się później do „Ognia” w góry, ale że UB doskonale wiedziało, co robi, i wprowadziło do oddziału kilku swoich ludzi. „Dzierżyński” był kolegą Paliwody i utrzymywał, że ten – ze względu na wiek – nie był żołnierzem Armii Krajowej.
Sprawa Andrzeja Goca „Szpona” – precedens, o którym warto pamiętać
Kolegą Dąbrowy był również żołnierz AK Andrzej Goc „Szpon” – przez lata przedstawiany jako kurier generała Andersa utrzymujący kontakt z „Ogniem”. Jak relacjonował mi „Dzierżyński”, Goc po kilku latach przyznał, że historie te wymyślił i że żadnego kontaktu z generałem Andersem nie miał. Nabrali się na to wszyscy: „Ogień”, UB i później IPN. Odnalezione przez nas akta IPN ze śledztwa przeciwko Andrzejowi Gocowi tę wersję potwierdzają.[4]
Warto to zestawić z zeznaniem Jana Kolasy „Powichra”, zastępcy „Ognia”, który po wojnie zeznał, że doskonale wiedział, iż „Ogień” nie ma żadnych kontaktów z zagranicą ani z Andersem.[5] Historia „Szpona” jest o tyle pouczająca, że pokazuje, jak długo efektowna opowieść potrafi funkcjonować jako fakt historyczny – dopóki ktoś nie sięgnie po dokument.
„Zobaczcie chłopaki, jak ja tu żyję”
Druga opowieść Paliwody dotyczy noclegu w kwaterze „Ognia”. W filmie brzmi tak:
29:41 — „Wieczorem jeszcze za dużo tego bimbru wypił […] wychodzi z tego pokoju i mówi: chłopaki, zobaczcie, jak ja tu żyję. […] Stoi erkaem na środku pokoju, na stoliczku automat, chyba cztery granaty, i mówi: w każdej chwili może być atak, co prawda chłopaki mnie chronią, ale ja już postanowiłem, że żywego to mnie nigdy nie wezmą”.
Wypowiedź Zbigniewa Paliwody „Jura” w filmie „A potem nazwali go bandytą”.
Tę samą scenę Paliwoda opisał wcześniej w książce Kazimierza Garbacza „Orlika” „Byli chłopcy, byli… Relacje ludzi »Ognia«”, w rozdziale zatytułowanym słowami z tej opowieści. Wersja książkowa jest obszerniejsza. Przytaczam z niej tylko fragment kluczowy dla dalszego wywodu – resztę czytelnik znajdzie w oryginale, na stronach 170–173.
„Nasza walka jest już przegrana, ale ja nie mogę tych, którzy znaleźli u mnie schronienie, tak sobie zostawić i odejść. […] Oni się jakoś uratują, lecz ja postanowiłem, że sobie życie odbiorę. Nie dam się im ucieszyć”.
Kazimierz Garbacz „Orlik”, „Byli chłopcy, byli… Relacje ludzi »Ognia«”, s. 170–173 – relacja Zbigniewa Paliwody. Cytat w zakresie uzasadnionym celem krytycznej analizy.


Zwrócę uwagę na trzy rzeczy, o których w dyskusji o tej scenie zwykle się nie mówi.
Po pierwsze – kto to opowiada i komu. W wersji Paliwody dowódca liczącego kilkuset ludzi zgrupowania przyjmuje z honorami nastoletniego kandydata do oddziału, spożywa z nim obiad i wtajemnicza go w swoje życie prywatne oraz w zamiar odebrania sobie życia. W mojej ocenie taka scena jest mało prawdopodobna. Nie jest to zarzut kłamstwa – jest to ocena wiarygodności relacji, którą sąd musi zważyć jak każdy inny dowód.
Po drugie – co ta relacja mówi, jeśli jest prawdziwa. I tu jest paradoks, którego zwolennicy „Ognia” zdają się nie dostrzegać. Jeżeli przyjąć opowieść „Jura” za wiarygodną, to wynika z niej obraz dowódcy o chwiejnym nastroju, po alkoholu, zapowiadającego samobójstwo przed podkomendnymi. Wzmianki o spożywaniu alkoholu przez „Ognia” i jego ludzi są w aktach sądowych oraz w archiwach IPN wszechobecne. To nie jest portret budujący legendę, lecz portret, który tę legendę podważa. Relacja Paliwody została jednak włączona do materiału mającego legendę wzmacniać.
Po trzecie – czym są takie relacje. Opowieści Zbigniewa Paliwody odbieram jako idealizowanie postaci „Ognia”. Każdy ma prawo widzieć świat po swojemu i wspomnienie sprzed pięćdziesięciu lat rządzi się własnymi prawami. Rzecz w tym, że wspomnienie to jedno, a dowód w postępowaniu sądowym – drugie.
„Ogień” jako sędzia własnej republiki
Najciekawszy jest jednak wątek, w którym Paliwoda (najpewniej wbrew własnej intencji) dostarcza materiału obciążającego. Opisuje, jak „Ogień” rozstrzygał w obozie sprawy przychodzących do niego cywilów.
„Teraz was muszę przeprosić, bo muszę wyjść i rozstrzygnąć ich sprawy prywatne […] to trzeba grunt w rodzinie podzielić, a to sąsiad drugiemu szkodę robi. No i co ja powiem, to dla nich jest już święte. Nic nie piszemy, nie protokołujemy”.
Relacja Zbigniewa Paliwody „Jura” – za: K. Garbacz, „Byli chłopcy, byli…”.
Tę samą opowieść Paliwoda powtórzył kilka lat później w reportażu Podhalański Ogień (Telewizja Trwam). Nagranie jest dostępne publicznie. Zestawienie materiałów filmowych o „Ogniu” prowadzę w dziale Filmy i reportaże.
10:41 – „Widzicie, ilu ludzi przed domem. Przegoniłem władzę radziecką i teraz każdy problem ja muszę rozwiązać. Podzielić ziemię, jak się Jantek z Maryśką… to znowu jest spór o coś, ten ktoś pożyczył pieniądze, a mu nie oddał – ja to rozsądzam, nic nie piszę, nie notuję – ja powiem, ludzie wykonują! Takie mieli do majora zaufanie i taki miał autorytet”.
Reportaż „Podhalański Ogień”, min. 10:41.
W wersji z reportażu dochodzi jeszcze jeden szczegół: na stole miały czekać trzy talerze rosołu, a „Ogień” miał wyjaśnić, że o przybyciu gości wiedział od szóstej rano i wydał rozkaz, by ich przepuścić. Detal ten warto odnotować, bo pokazuje, jak z każdym kolejnym opowiedzeniem relacja zyskuje na plastyczności – a nie na weryfikowalności.
Paliwoda przedstawia to jako dowód autorytetu. Ja czytam to inaczej i uważam, że każdy prawnik przeczyta to tak samo. Jest to opis jednoosobowego, nieformalnego wymiaru sprawiedliwości działającego bez protokołu, bez podstawy prawnej i bez jakiejkolwiek kontroli: podziały gruntów, spory sąsiedzkie, długi. To samo źródło, które ma dowodzić szlachetności „Ognia”, dokumentuje istnienie struktury władzy, jaką sprawował on nad ludnością Podhala.
Ta sama struktura miała ciąg dalszy w sprawach znacznie poważniejszych niż podział miedzy. Opisałem to na przykładzie dwudziestoletniej Rozalii Waksmundzkiej, którą w lutym 1947 roku „Ogień” oskarżył o współpracę z UB i wobec której sam próbował wykonać „wyrok” – zob. Rozalia Waksmundzka – postrzelona przez „Ognia”, oczerniona przez IPN.
Ostrowsko, 21 lutego 1947: cztery wersje w jednym filmie
Okoliczności postrzelenia się Józefa Kurasia to miejsce, w którym rozbieżność relacji ogniowców widać najlepiej – bo w filmie Królikiewicza padają one jedna po drugiej, w ciągu niespełna dwóch minut.
- 48:18 – Paliwoda: „Ogień” zapytany, jak się czuje, miał odpowiedzieć, że jak w ruskiej niewoli.
- 48:18 – Kazimierz Garbacz, konsultant filmu: gdy go znieśli, miał siedem dziur od bagnetu.
- 48:42 – Nosek: elegancko wyspowiadał się w szpitalu.
- 48:43 – Kościelniak: gdy ksiądz zapytał, co chce dalej robić, odpowiedział, że umrzeć.
- 48:50 / 49:00 – Kościelniak i Nosek: rozerwał klapkę, w orzełku miał truciznę.
- 50:09 – Kościelniak: Józef Światło, funkcjonariusz krakowskiego UB, który w 1953 roku zbiegł do Niemiec Zachodnich, miał być współpracownikiem obcego wywiadu i „wykończyć” „Ognia”.
Te wersje nie dają się ze sobą pogodzić. Nikt – ani spośród ogniowców, ani spośród historyków – nie opisał tego zdarzenia w sposób rozstrzygający, i stąd bierze się miejsce na fantazję.
Dotarliśmy do świadka: Romana Niemca z Ostrowska, który mieszkał naprzeciw domu, gdzie ukrył się „Ogień”. Jego dziadek, Luberda „Kościelny”, wezwany przez KBW, wyszedł na strych i wzywał Kurasia do poddania się. Po chwili po drabinie zeszła „Hanka”, a „Ogień” postrzelił się w głowę. Żołnierze KBW znieśli go, a lekarz go opatrzył – zachowała się notatka lekarza.[6]
Ta relacja jest zwięzła, spójna i pochodzi od osoby, która była na miejscu. Nie ma w niej trucizny w orzełku, siedmiu ran od bagnetu ani spisku obcego wywiadu.
Miechowskie i 6. kompania krakowska
W książce Garbacza Paliwoda opisuje też teren swojej działalności. Fragment jest o tyle istotny, że sam autor relacji wskazuje w nim swoje przynależności organizacyjne.
„Byłem łącznikiem z »Ogniem«, który nam przysłał swojego dowódcę, Janusza Jana, ps. »Siekiera«. Oprócz udziału w rozbiciu więzienia św. Michała w Krakowie, terenem naszej działalności były okolice powiatu miechowskiego. […] Z każdej takiej akcji przewoziłem meldunki do »Ognia«”.
Relacja Zbigniewa Paliwody „Jura” – za: K. Garbacz, „Byli chłopcy, byli…”, s. 170 i nast.
Struktura, o której mowa, to 6. krakowska kompania Zgrupowania Partyzanckiego „Błyskawica”, dowodzona przez Jana Janusza „Siekierę”. Głównym terenem jej operowania był Kraków i okolice. Do dokumentów zdeponowanych w IPN, dotyczących działalności tego oddziału, dotarliśmy i wynika z nich obraz istotnie odbiegający od tego, który znany jest z uroczystości rocznicowych.[7]
Odnotuję również, o czym Paliwoda w tym samym fragmencie pisze sam: że kadry powojennej milicji i aparatu partyjnego tworzyli w znacznej mierze byli żołnierze Armii Ludowej, i że to właśnie było źródłem miejscowych antagonizmów. Ta obserwacja ma dalszy ciąg, którego „Jur” do końca życia nie chciał przyjąć do wiadomości: Józef Kuraś sam był oficerem Armii Ludowej w stopniu porucznika. Dla środowiska akowskiego służba w AL była zdradą i to jest ocena, którą to środowisko formułuje po dziś dzień.
Republika bez protokołu
Warto na moment odejść od samego Paliwody i pokazać kontekst, w którym opisywane przez niego sceny w ogóle mogły się rozegrać.
Po wojnie Kuraś, przy wsparciu sowieckim, tworzył na Podhalu posterunki Milicji Obywatelskiej. Były one skrajnie słabo wyposażone: brakowało broni, ale też papieru i maszyn do pisania, więc zgłoszenia i protokoły pisano ręcznie, jeśli było na czym.[8] Część milicjantów nie umiała pisać w ogóle. W aktach sprawy zachowały się ich podania – na przykład Jana Halamy, który w prośbie o przyjęcie do MO pisze, że przychodzi „z pomocą odzyskanej Ojczyźnie”.[9]
Kuraś przeszedł szkolenie na funkcjonariusza UB i służył w kontrwywiadzie, więc dobrze orientował się w możliwościach tego urzędu.[10] Wiedział też, że większość posterunków MO obsadzona jest jego ludźmi, a więc że po ich odejściu posterunki przestaną działać.
Konsekwencja tego stanu rzeczy jest dla badacza kluczowa i chcę ją wyrazić precyzyjnie: na znacznym obszarze Podhala przestała działać jakakolwiek instytucja, w której mieszkaniec mógł zgłosić przestępstwo. Nawet gdy ktoś zgłaszał morderstwo czy kradzież, najczęściej nigdzie tego nie odnotowano. Dlatego wielu badaczy przyjmuje, że rzeczywista liczba zabójstw przypisywanych oddziałom „Ognia” jest wyższa niż liczba udokumentowana. Nie jest to teza o tym, ilu ludzi zginęło – jest to teza o tym, dlaczego ewidencja jest niepełna, i dlaczego argument „nie ma na to dokumentu” w odniesieniu do tego terenu i tego okresu ma ograniczoną wartość.
W tych warunkach – jak wynika z akt sprawy Ko 69/21 oraz z materiałów zgromadzonych w IPN, do których uzyskaliśmy dostęp – powstała struktura, którą określam mianem republiki z własnym sądem, wywiadem i siecią melin. Oddziałom „Ognia” akta te przypisują wydawanie wyroków śmierci bez zachowania jakiejkolwiek procedury, niekiedy bez wpisania nazwiska skazanego,[11] nakładanie kontrybucji na całe wsie, zabójstwa i grabieże wobec Polaków, Żydów i Słowaków,[12] a także likwidowanie własnych dowódców kompanii.[13] Wątek zbrodni na ludności żydowskiej omawiam osobno w tekście Przekłamania w filmie o „Ogniu”. Kwestia mordu na Żydach w Nowym Targu.
Odnotuję dla porządku, że oddziały „Ognia” posługiwały się symboliką Armii Krajowej, mimo że AK została rozwiązana 19 stycznia 1945 roku. Jest to sedno sporu, który środowisko akowskie prowadzi z IPN – pisałem o tym w dziale IPN a dobre imię Armii Krajowej.
Dlaczego to jest problem instytucji, a nie jednego świadka
Do tej pory pisałem o relacjach jednego człowieka. Teraz o tym, co się z nimi stało.
Relacje ogniowców (w tym relacje Zbigniewa Paliwody) weszły do obiegu jako materiał źródłowy. Trafiły do filmu współtworzonego w porozumieniu z krakowskim oddziałem IPN, a stamtąd do sądu jako dowód. Na żadnym z tych etapów, o ile mi wiadomo, nie przeprowadzono podstawowej kwerendy: zestawienia relacji z ustaloną chronologią wydarzeń. Gdyby ją przeprowadzono, rozbieżności opisane w tym artykule – data, wiek, obecność „Ognia” w Krakowie – byłyby widoczne od razu, bo wynikają z materiałów publikowanych przez sam Instytut.
To jest zarzut warsztatowy i chcę go postawić w tej właśnie formie. Nie twierdzę, że ktokolwiek świadomie wprowadził sąd w błąd. Twierdzę, że relacja świadka, która ma pełnić funkcję dowodu, powinna zostać skonfrontowana ze źródłami i że w tym przypadku tego nie zrobiono. Instytucja dysponująca zapleczem badawczym IPN miała po temu wszelkie środki.
Zastanawia mnie również, dlaczego do Sądu nie trafiły sygnatury akt, w których opisane są zabójstwa i grabieże przypisywane ogniowcom. Materiały te znajdują się w zasobie Instytutu.
Stopień majora
Osobnym zagadnieniem jest stopień wojskowy, którym w opracowaniach IPN konsekwentnie opatruje się nazwisko Kurasia. W 2017 roku, w 70. rocznicę jego śmierci, ówczesny Minister Obrony Narodowej Antoni Macierewicz wydał dokument potwierdzający Józefowi Kurasiowi stopień majora. Dokument ten – na co zwracali uwagę badacze – nie zawiera uzasadnienia.[14] W ocenie środowiska Armii Krajowej stopień ten nie został „Ogniowi” nadany przez żaden uprawniony organ za jego życia, a posługiwanie się nim w opracowaniach naukowych bez odnotowania tej okoliczności jest błędem warsztatowym. Narodowy Bank Polski wyemitował ponadto monetę okolicznościową upamiętniającą postać, której oddziałom akta zgromadzone w IPN przypisują odpowiedzialność za śmierć wielu cywilów.
Uwagi złożone Sądowi
Poniżej przytaczam fragment uwag, jakie w tej sprawie skierowałem do Sądu.
Proszę, aby Sąd zwrócił uwagę, że biegły w tym procesie, dr Korkuć, mając do dyspozycji cały sztab pracowników IPN, do dzisiaj nie udzielił wyczerpujących informacji na pytania Sądu Okręgowego w tej sprawie z dnia 15 czerwca 2021 r.
Pragnę nadmienić, że my – jako członkowie organizacji społecznej – mamy niewspółmiernie mniejsze możliwości dotarcia do dokumentów i zapoznania się z nimi. Od 2022 roku uzyskaliśmy dostęp do akt IPN; w czytelni w Wieliczce możemy się z nimi zapoznawać. Ich analizę prowadzimy nie w godzinach pracy – jak pracownicy IPN – lecz w czasie prywatnym, wygospodarowanym często kosztem rodziny. Musimy również dbać o swoje gospodarstwa i zajęcia, które dają nam i naszym rodzinom zabezpieczenie materialne. Nasz czas na badania historyczne jest ograniczony, dlatego przesyłane do Sądu wnioski mają różny charakter i odnoszą się do aktualnie przedstawianych przez wnioskodawcę i prokuratora dowodów.
Gdyby pracownicy IPN wykonywali swoje obowiązki solidnie, moglibyśmy skupiać się na historii Armii Krajowej. Nierzetelność opracowań, z którymi się stykamy, zmusza nas jednak do prób powstrzymania działań zmierzających – w naszej ocenie – do umniejszania roli Armii Krajowej.
Marek Zapała, Prezes Zarządu Głównego NŚZŻ AK w Krakowie — uwagi do dowodu w sprawie o sygn. II Ko 69/21.
Co z tego wynika
Zbigniew Paliwoda „Jur” brał udział w brawurowej akcji, o której pisano w podręcznikach i tego nikt mu nie odbiera. Ale relacja świadka, powtarzana przez pół wieku, obrasta w szczegóły, a każde kolejne opowiedzenie oddala ją od zdarzenia. To zjawisko znane każdemu, kto zajmuje się historią mówioną. Rolą historyka jest to skorygować, a nie utrwalić.
Kiedy taka relacja trafia do filmu, a z filmu do akt sądowych, przestaje być wspomnieniem. Staje się dowodem. I wtedy pytanie „czy ktoś to sprawdził?” przestaje być pytaniem akademickim.
W tym przypadku odpowiedź brzmi: wystarczyło porównać datę.
Przypisy
- Data akcji i okoliczności zatrzymania Zbigniewa Paliwody – zob. komunikat IPN o rozbiciu więzienia św. Michała oraz opracowania poświęcone 6. kompanii Zgrupowania „Błyskawica”. ↩
- Relacje prasowe określają Paliwodę w chwili akcji jako osiemnastolatka; w procesie został uniewinniony jako osoba niepełnoletnia. ↩
- Lista uczestników za komunikatem Instytutu Pamięci Narodowej dotyczącym rocznicy rozbicia więzienia św. Michała. ↩
- Akta IPN ze śledztwa przeciwko Andrzejowi Gocowi „Szponowi”. ↩
- Zeznanie Jana Kolasy „Powichra”. ↩
- Relacja Romana Niemca z Ostrowska (w zbiorach autora) oraz notatka lekarska. ↩
- Dokumenty dotyczące działalności 6. kompanii krakowskiej, zdeponowane w IPN. ↩
- Notatka pisana ręcznie przez Jana Srala „Potrzaska” z działalności posterunku MO w Łapszach Niżnych. Akta Ko 69/21, t. VI, k. 1201. ↩
- Akta Ko 69/21, t. VII, k. 1307. ↩
- Przebieg służby Józefa Kurasia w aparacie bezpieczeństwa. ↩
- Kopie wyroków w zbiorach autora. ↩
- Zob. m.in. sprawę zamordowanych pod Krościenkiem. ↩
- Dotyczy dowódców występujących w aktach pod pseudonimami „Roman”, „Łoś”, „Rysiek”. ↩
- Decyzja Ministra Obrony Narodowej z 2017 r.; na brak uzasadnienia zwracano uwagę w literaturze przedmiotu. ↩